8.04.2012r.

Kobiety mówią, że ciąża to taki wyjątkowy stan. Że to taki wspaniały czas, cudowne uczucie. Powiem krótko – nie dla mnie. Nasza fasolka była długo wyczekiwana – badania, stymulacje, obserwacje, przepowiednie, fanaberie i wyłaniające się zza każdego rogu “brzuchatki”. Chcieliśmy być rodzicami i po dwóch latach starań test pokazał dwie kreski, na kolejnych czterech testach również. Badania bety wskazywały, że to ciąża. Siedzieliśmy na poczekalni w klinice leczenia niepłodności wpatrując się w małą kropeczkę na wydruku USG. Cały czas niedowierzanie. I wtedy to było faktycznie wyjątkowe, a potem zaczęły się schody…

Nasze dwupactwo ogłosiliśmy w dniu moich 26 urodzin. Kilka tygodni później wylądowałam z plamieniem w szpitalu, usłyszałam “po co pani tu przyszła? jak ma pani poronić to może pani to zrobić w domu”. Na szczęście wróżbita dr S. nie był ani empatyczny ani też wiarygodny. Czyżby? 19 tydzień, około północy poczułam ból w dole brzucha, wstałam do łazienki i zalała mnie fala krwi, na łóżku kałuża, wezwaliśmy karetkę. W środku nocy przez łzy pytam lekarza (tym razem dr L.) “panie doktorze czy ja poroniłam?”, pokiwał głową twierdząco i dodał “niestety tak”. To była najgorsza noc w moim życiu. Tomek siedział w samochodzie przed szpitalem, ja leżałam na sali i wylaliśmy morze, ba! ocean łez. Na porannym obchodzie zjawił się mój lekarz prowadzący, zrobił mi usg, mój synek wesoło pluskał się w brzuchu. Okazało się, że jest cały i zdrowy. Dr L od tamtej pory był ostrożniejszy w diagnozach. Uh! Misiek był cały, ale moje łożysko było w dość kiepskiej kondycji, całe w krwiakach, które na dodatek co chwile wylewały – koszmar. Późniejsze “przygody” to skracająca się szyjka macicy. Musiałam leżeć z nogami do góry, założyli mi pessar, ale nie pomagał. W 29 tygodniu zaczęły się skurcze, przewieziono mnie karetką 80km na sygnale do Gdańska, ponieważ tam jest OIOM dla noworodków. Na szczęście udało się zatrzymać poród. Zbliżała się Wielkanoc 2012, mijały właśnie 3 tygodnie leżenia na Patologii Ciąży w Gdańsku. Ordynator stwierdził, że “nic się nie dzieje” i wypuścił mnie na Święta do domu. 33 właśnie się kończył, była niedziela wielkanocna. Siedzieliśmy przy zastawionym stole, nie miałam na nic ochoty, tylko na… żurek. Zjadłam żurek, spojrzałam na zegarek 3 razy… co 7 minut :) Potem czwarty i piąty raz.  Uznaliśmy, że zanim odwiedzimy moich rodziców na obiedzie zajedziemy na KTG do szpitala. Wykres pokazywał delikatne skurcze co 7 minut, lekarz kazał zwiększyć dawki leków przeciwskurczowych i odesłał do domu. Gdy wychodziliśmy stwierdził, że może jednak zbada mnie jeszcze ginekologicznie. Zdążyłam usiąść na fotel a on na swoim palcu wyciągnął pessar – “szyjka jest zgładzona, rozwarcie na 6!” Chwilę później leżałam na sali porodowej.

brzusz-33

To był ostatni dzień 33 tygodnia. 7 tygodni ZA WCZEŚNIE! Czy się bałam? Nie. Ja czułam, że wszystko będzie dobrze. Położna wysłała Tomka po rzeczy do domu, nie miałam nic przygotowane, po prostu się nie spodziewałam. Biedny i zestresowany nie chciał jechać żeby nie przegapić porodu, ale położna zapewniła go, że dzidzia poczeka na tatę :) Tomek wrócił w mig. Zdążył też zgubić całą teczkę z moją szpitalną dokumentacją. Wpadł na porodówkę w lekarskim zielonym, bawełnianym komplecie. Rozbawiło mnie to do łez. Uważam, że powinien dostać rolę w “Lekarzach” albo chociaż zastąpić Burskiego w “Na dobre i na złe” ;)

Skurcze nasilały się, okrutnie chciało mi się pić. Tomek stał przy mnie i odbierał telefony od zmartwionych rodziców. Dostałam kroplówkę na spowolnienie, ale rozwarcie było co raz większe, a kroplówka jedynie rozregulowała skurcze. Było okropnie. Dostałam głupawki, totalnej chichrawki. Lekarz zaglądał do mnie zza winkla, uśmiechał się i kiwał głową. Czytałam w jego myślach “wariatka, no wariatka no!” ;) Odstawiono mi kroplówkę, lekarz uznał, że gaz rozweselający nie jest mi potrzebny :D Ale 5 godzin później nie było mi już do śmiechu. Skurcze były ogrrrrrrromne, silne i absolutnie przewyższyły moje wyobrażenia. Cierpiałam, leżałam, płakałam, krzyczałam, ściskałam rękę Tomka, a położne? Stały obok, jedna opierała rękę o moje kolano i tłumaczyła tej drugiej, że “następnym razem to ona upiecze chleb z maki orkiszowej, bo słyszała, że taki najlepszy” a “mrożone bułki z lidla są całkiem smaczne”. Szalałam. Wiłam się jak piskorz. Na skurcze parte nie mam dobrych słów. Kto przeżył ten wie i na szczęście <chyba> tego się nie pamięta. Po 7 godzinach położna uznała, że już czas, bo rozwarcie doszło do 10. Na tym etapie refleksje zostawię dla siebie. Powiem tylko, że gdy wyskoczył ze mnie mały, biały kurczak, już nic mnie nie bolało. Usłyszałam jego płacz, za chwilę płacz Tomka za moimi plecami i już sama się rozpłakałam. Położna pokazała mi pośpiesznie owłosionego kurczaka i szybko go zabrała, Tomek pobiegł za synkiem.

Leżałam w euforii czekając na lekarza, który zszyje mnie tu i tam. Nic mnie nie bolało, więc chwyciłam za telefon informując cały świat o moim małym cudzie ważącym 2250g. Położna poinformowała mnie o 9/10 punktów. Jeden punkt odjęto za zabarwienie skóry, pod biała mazią był żółty jak kaczuszka. Żółtaczka u wcześniaków to standard.

Szycie było mało przyjemne i miałam wrażenie, że lekarz haftuje mi cały kaszubski obrus, trwało to niemal godzinę, a ja marzyłam o tym żeby zobaczyć synka. Misiu leżał w inkubatorze na mojej sali, godzinę po porodzie siedziałam na nodze, na drewnianym krześle przy nim. Byłam najszczęśliwszą MAMĄ na świecie, a On był najbardziej kudłatym dzieckiem jakie w życiu widziałam :D

20120409016

Dałam nowe życie, Olkowi i… sobie.

Może też Ci się spodoba?

14 komentarzy

  1. Przez przypadek trafilam na twojego bloga… wzruszylam sie twoja historia! Najwazniejsze ze dzieciatko zrowe i mamusi na koncu tez nic sie nie stalo. Wszystkiego najlepszego na dalsze lata. Pozdrawiam :))

  2. Ja urodziłam w 31 tygodniu ciąży… Do szpitala trafiłam ze skracającą się szyjka macicy. Lekarze nie zdążyli założyć mi krążka. Przez przypadek zrobiono mi KTG, które wykazało spadek tętna, potem robiono mi je jeszcze 4 razy, za każdym razem to samo. Zdecydowano się zrobić cesarkę…tak urodził się Alanek…1800g mojego szczęścia. Trafiłam do szpitalana kilka dni, wyszłam po ponad miesiącu z moim synem:)

  3. Ocieram łzy ze wzruszenia… Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i Twój kurczaczek, bądź co bądź – Wielkanocny kurczaczek wyrósł na zdrowego, silnego przystojniaka. Tak szczęśliwie powinny się kończyć wszystkie historie.

  4. To niesamowite, zawsze się wzruszam czytając relacje porodów….Już chyba nigdy się to nie zmieni. Wszystkiego najlepszego dla Oleczka i jego mamy :):*

  5. Ile wy przeszliście … szok.
    Na szczęście jesteście w trójkę najszczęśliwsi na świecie.
    Wspomniena i łza w oku na pewno pozostają. Ale i wzruszenie, że masz tak cudownego syna 🙂

  6. Jejku tyle zdarzeń w tak krótkim czasie. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. My na szczęście mieliśmy książkową ciążę, przy porodzie było trochę stresu bo poród trwał 17 godzin, rozwarcie wolno się robiło i Małej tętno spadało. Ale jak już się zdecydowała na wyjście to zrobiła to w 10 minut więc narzekać nie mogę. Pozdrawiam! 🙂

  7. Popłakałam się, moja ciąża tez była pełna przebojów (możesz zerknąć na mój blog). W moim otoczeniu nie było żadnej, aż tak „poobijanej” ciężarówki, wszystkie miały idealne ciąże. Miałam wrażenie, że TYLKO ja tak mam.
    Przykro mi, że musiałaś przejść przez to i uwierz wiem co to za wyzwanie leżeć plackiem.
    Ale udało się nam 🙂
    Jesteśmy wielkie :)))

  8. No musiałam napisać … jestem tu pierwszy raz … i z zachwytem „pożeram” kolejny post, a data 8.04.2012 – również jest najważniejszą w moim życiu ! – bo tego samego dnia przyszedł na świat mój syn Florek 🙂 i u nas również z przebojami typu leżenie, patologia ciąży etc. … ale warto było !!!
    pozdrawiam ciepło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.