Do domu!

Kudłatek spędził 4 dni w inkubatorze. Były to bardzo długie dni podczas których siadałam na drewnianym szpitalnym krześle i wsuwałam rękę przez otwór inkubatora by choć odrobinę pomiziać włochate ciałko mojego dziecka. Był taki cieplutki, taki śliczny i specyficznie pachniał. Trochę maślanej bułki, trochę budyniu waniliowego i trochę ciepłego zapachu skóry przypieczonej słońcem. Włoski zlepione miał mazią a ramionka porośnięte jak mały miś :-)

oluś9

Gdy pierwszy raz dostałam go na ręce poczułam ogromny dreszcz, nie chciałam go wypuszczać z rąk ani na chwilę. Gramolił się jak małe zwierzątko do piersi, kwękał jak mała świnka. Był taki malutki, że każdy pytał czy nie boję się go brać na ręce. Absurdalne moim zdaniem pytanie do Matki, która przez 7 miesięcy tuliła tylko brzuchem, a po porodzie kilka dni całowała przez inkubator. Nie mogłam się Go nawąchać, natulić i namiziać ;-)

IMG_20120412_200236

IMG_20120415_100618

IMG_20120417_074513

Wszystkie ubranka były zbyt duże, czułam się winna, że nie przygotowałam się do porodu mojego dziecka. Od położnych słyszałam raz to, że ubieram go za ciepło, raz że za lekko. Oluś miał problemy ze ssaniem, położna poleciła mi silikonowe nakładki, druga położna obwiniała, że “daję dziecku silikon!”. Od uwag i “dobrych rad” kręciło mi się w głowie. Gdy zaczął dobrze jeść zaczęto go dokarmiać, zupełnie nie rozumiałam tej polityki, ale postanowiłam przytakiwać i nie sprzeciwiać się, co opłaciło się i poskutkowało wypisem do domu.

olus10

Samo wyjście ze szpitala okazało się wielkim wyzwaniem. Misio był zbyt mały by położyć go w foteliku, więc pożyczyliśmy drugi fotelik i zaczęliśmy podkładać ręczniki i kocyki żeby położyć go w innej pozycji niż zgięty w pół jak krzesło plażowe. Wszystkie łaszki, które przygotowałam na wyjście były zbyt duże, ale jakoś ogarnęliśmy ten temat i dotarliśmy do domu. A tam… niespodzianka od Tatusia, pięknie wystrojone mieszkanie w balonach i kolorowych napisach i jeszcze przepiękny bukiet kwiatów. Byłam taaaaa(…)aaaaaaaka szczęśliwa!

witajcie

Czułam, że jest tak, jak być powinno. Jakby Misio był z nami od zawsze. Co prawda pierwsze dni kosztowały nas wiele nerwów, bo musieliśmy się przeorganizować i przyzwyczaić do nowego współlokatora, ale nie dotknął mnie ani baby blues ani jakiekolwiek wątpliwości.

 

W kolejnych dniach zmagaliśmy się z silną żółtaczką, a później popełniłam wielki błąd, którego nie zapomnę do końca życia. Pojechaliśmy z Olkiem na kontrolę do Poradni Neonatologicznej i okazało się, że królik niewiele przybrał na wadzę. Usłyszałam od wrednej lekarki, że jeśli nie przybierze przez kolejny tydzień wylądujemy w szpitalu. W panice kupiliśmy… Bebilon. Dałam się najzwyczajniej na świecie nastraszyć, a mój pokarm wymiękał przy Bebilonie i po prostu sobie po kilku tygodniach zanikł. Żałuję.

Może też Ci się spodoba?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.